Nie jestem pijany

Nie, nie jestem pijany, bynajmniej tak chcę o sobie myśleć. Jestem tylko w dziwnej sytuacji.

znaleziony myszołów
Petra, szczęśliwy Westie właśnie się chwali: „Zobacz co znalazłam”

Już śpieszę z wyjaśnieniami. Dzisiaj rano, po drodze do swojej pracowni, zatrzymaliśmy się aby pospacerować po lesie wzdłuż jeziora. My, czyli mój Westie, cudowna Petra no i oczywiście ja stary głupi Geppetto, (przepraszam za epitety, ale myślę, że dalsza lektura w pełni to usprawiedliwi). Zaledwie po kilku minutach spaceru Petra znalazła trupa myszołowa. Myszołowa? Tak właśnie myślałem od samego początku, aczkolwiek brak żółtego dzioba zasiewał u mnie trochę wątpliwości. Teraz już wiem, że i owszem był to myszołów. Konsultowałem to z przyjacielem, profesjonalnym ornitologiem, który wyjaśnił iż po pierwsze jest spora różnorodność kolorystyczna wśród tego gatunku, a po drugie możliwe, że brak żółtego to zmiany pośmiertne. O tym ostatnim 'usprawiedliwieniu’ absencji żółtego też wcześniej myślałem.

myszołów czarny dziób
Myszołów z czarnym dziobem

Ale co to ma wspólnego z moim 'Nie jestem pijany’?

Otóż ma i to bardzo wiele. Znalezisko Petry bardzo mnie zaintrygowało. Zapragnąłem przyjrzeć mu się bliżej. Obejrzeć dokładnie z wierzchu i od spodu, sfotografować wszystkie lotki, sterówki, pazury i głowę. Oczywiście żeby to zrobić, musiałem poprzewracać trupa w tą i tamtą stronę. Tak to był myszołów, tylko dlaczego z zupełnie czarnym dziobem? Nogi nad szponami i owszem są żółte, chociaż same szpony były już obgryzione. Zapewniam, że to nie my. Petra była już po śniadaniu a co do mnie, to mam nadzieję, że nikt przy zdrowych zmysłach nie zalicza mnie do kręgu podejrzanych.

myszołów z obgryzionymi szponami
Trochę obgryzione szpony

Właśnie się zastanawiałem, czy nie zabrać padliny i nie zrobić dokładnego zestawienia wszystkich lotek, sterówek i pozostałych piór. Tak to świetny pomysł. Absolutnie nie można zaprzepaścić takiej okazji. Zabrałem więc ptaka i niosąc go do auta, głowę zaprzątała mi myśl czy będę miał 'trumnę’ żeby przewieźć trupa. W końcu końców coś się znalazło i ptak wylądował w bagażniku a my ruszyliśmy w drogę do pracowni. I wtedy mnie olśniło, aczkolwiek trochę w innym aspekcie całej tej sytuacji. Otóż olśniło mnie, że gdzieś po drodze mijałem żółtą tablicę ostrzegawczą: Uwaga bardzo zjadliwa ptasia grypa! Pomyślałem: Brawo ty. Jak stary tak i głupi.

Wprawdzie odkażałem ręce po zapakowaniu zwłok do bagażnika, (od pandemii Covid zawsze mam przy sobie odkażacz), ale 'zjadliwa ptasia grypa’ to bądź co bądź trochę inny kaliber zagrożenia. Chociaż prawdę mówiąc nic o niej podówczas nie wiedziałem, jednak przymiotnik 'zjadliwa’ jest dość jaskrawy. I tu jesteśmy już bliżej tego od czego zacząłem, że nie jestem pijany.

Myszołów – spód skrzydła, tułowiu i ogona

Jednakże, przed pełnym wyjaśnieniem muszę podjąć jeszcze jeden poboczny wątek. Poboczny ale bardzo ściśle związany z całą tą historią. Chodzi o zdarzenie sprzed kilku lat. To było właśnie wtedy gdy Covid 19 panoszył się na dobre, a nas, to jest moją małżonkę i mnie naszła nagła ochota aby powrócić do kraju. Na tamten czas mieszkaliśmy już od kilku lat w Plymouth na południowym wschodzie Anglii. Było tam pięknie, całkiem miło a sama pogoda nie była angielska. Taka właśnie ona tam zazwyczaj jest. Ale nas i tak naszło zgodne „Wracamy”! Tyle tylko, że kilka dni później władze Francji, jak również i Niemiec, też naszło pragnienie: „Szaleje pandemia, zamykamy granice!”. Tym samym nasz wyjazd zaczął się komplikować. Między innymi, i owszem można było przekroczyć granice, ale tylko gdy się posiadało aktualne zaświadczenie, że nie jest się nosicielem Covida. Umówiliśmy się więc na certyfikowane testy i… . No i właśnie tu dochodzimy do skrzyżowania się tamtego wątku, z tym dzisiejszym: 'Nie jestem pijany’. Dokładnie tak.

Wyobraź sobie, wchodzę do domu, tego który za dwa czy trzy dni zamierzaliśmy opuścić, a moja żona stoi na środku kuchni, co już samo w sobie było podejrzane, gdyż zazwyczaj krzątała się przy którymś z blatów, gdzie niezmiennie wymyślała sobie coś do roboty. A tym razem dokładnie na środku i… , aż trudno było mi w to uwierzyć, pomimo że właśnie na to patrzyłem. A ona gól za gólem łyka z uniesionej nad swoją głową butelki z zielonym napisem 'Spirytus 96%’*. Oniemiałem, i chyba dopiero przy trzecim czy czwartym gól wykrzyknąłem: „Co ty kobieto wyprawiasz?!” A ona spokojnie jeszcze jeden gól, po czym zamaszyście otarła sobie usta w rękaw i grzecznie odpowiedziała: „Nie widzisz? Odkażam się! Wieczorem mamy testy, za dwa dni samolot, a ja właśnie cały kwadrans, albo i dłużej spędziłam z naszą sąsiadką, gdyż uroczo nam się gawędziło. Tyle tylko, że zaraz potem zadzwoniła nasza landlordka i ostrzegła: „Gdy będziecie wyjeżdżać, nie żegnajcie się z sąsiadami! Oni mają Covida!” Dlatego właśnie się odkażam. Odkażam się. Ty też powinieneś. Chociaż nie, ty będziesz musiał jeszcze usiąść za kierownicą. A może weźmiemy taksówkę?

Pewnie więc już się domyślasz wspólnych wątków. Tak, dzisiaj, gdy tylko dojechaliśmy na miejsce, też postanowiłem trochę lepiej się odkazić. Łyknąłem więc pięćdziesiątkę nalewki z pigwy, też na spirytusie. Nie jest to wprawdzie dziewięćdziesiąt sześć procent, jak w wypadku odkażania, które zastosowała moja żoneczka, ale zapewne sporo ponad siedemdziesiąt. Co to da? I czy w ogóle było potrzebne? Nie wiem. Pożyjemy, (albo i nie), i zobaczymy, (albo i nie). Mogę tylko dopowiedzieć, że tamtego dnia w Plymouth wieczorem oboje przeszliśmy testy na Covid 19 ze skutkiem negatywnym i mogliśmy opuścić Wyspy, a nasi sąsiedzi faktycznie byli chorzy. Moja kochana żona zaś, chociaż nie wiem jakim cudem, nie była pijana. Ja też teraz nie jestem.

Ale muszę tu dodać jeszcze jeden szczegół. Otóż ja regularnie poszczę. Przede wszystkim lubię to, to są najlepsze dni w tygodniu, a poza tym uważam, że to bardzo zdrowo. I dzisiaj właśnie jest taki dzień. A w momencie gdy 'dziabnąłem sobie pięćdziesiątkę’ od 18 godzin nic nie jadłem. I chyba organizm był całkiem ale to naprawdę całkiem bezbronny jeżeli chodzi o takiego gościa jak promile.

Westie szczęśliwa ze znaleziska
Petra bardzo szczęśliwa ze swojego znaleziska. Chociaż muszę zaznaczyć, że psina była dużo ostrożniejsza niż ja i zachowywała dystans.

Ps.

Jeżeli po tym dzisiejszym, nie będzie już więcej wpisów, to powodów takiego stanu rzeczy jest oczywiście więcej niż ten, który pierwszy przychodzi Ci do głowy. Ale nie wybiegajmy w niewiadome.

*

Był to cenny trunek przywieziony z Polski, gdyż w UK trudno uświadczyć coś mocniejszego niż 40%. Sami wiecie, tam to tylko „Time for tea”. Ewentualnie Whisky. No a przecież my Polacy tak samo jak Jaś Kobuszewski: „Z kolorowych najbardziej lubimy czystą”. wróć do tekstu

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *